RSS
poniedziałek, 07 maja 2012
Stało się. Stało. Nieodwracalne się stało. Kryzys zatoczył krąg i kopnął ze zdwojoną siłą w naszą pracownię. Przyjechała smutna delegacja ze smutnej Warszawy i zwolniła mi sześć osób, z szefem włącznie. Kadrowa podobno spać trzy noce nie mogła.
Jednakowoż, wszyscy są zaproszeni na zjazd integracyjny. Te wywalone w ramach cięcia kosztów sto dwadzieścia tysi na pobyt całej firmy w hotelu, to drobiazg. I nie, nikt nie czuje dysonansu...

Pięknie dziękuję decydentom tego kraju raju za jakże trafne decyzje ekonomiczne i polityczne. Za poczucie stabilizacji, za wsparcie rozwoju jednostki i rodziny, za wydmuszkę ze złudzeń o normalności.
Teraz zaczynam się martwić o własną dupę. Teraz dzielę los tysięcy durniów wgapionych w tabele kursu walut.

Obyśmy wszyscy zdrowi byli.

Z nowości: zmywarka mi brudzi naczynia, pralka wywala kod błędu i uświadamia jak bardzo jesteśmy rozpieszczeni cywilizacją, no bo jak to tak prać pościel we wannie? Dysk zewnętrzny mi zdechł. A wraz z nim pierdylion zarchiwizowanych plików.
Szogun postanowił przyprawić mnie o zawał i się wziął i konkretnie oraz na długo schował. A jak już się znalazł, to nie miałam siły być na niego zła o te ślady małych łapek na świeżo wyczyszczonej karoserii. Zemścił się za zostanie eunuchem. Jak nic.

Śląsk wygrał. Ogr się cieszy, życie płynie dalej.
09:11, kategra
Link Komentarze (2) »
środa, 07 marca 2012
 Wzbijając się na wyżyny empatii, staram się sobie wyobrazić jak nieprzyjaznym środowiskiem może być statystyczny dom polski dla statystycznego mańkuta. Drzwi lodówki otwierają się prosto na czoło, nożyczki wyginają nie w tę stronę i takie tam. Nie ma sprawiedliwości na świecie i pocieszcie się, że podobnoż jesteście wy, leworęczni, bardziej inteligentni. A czy ktoś się pochyli nad losem współlokatora?

Dostaję szczękościsku, kiedy co dzień, jak rok długi, przekładam nóż do pieczywa upchnięty do bloku na noże ostrzem na zewnątrz, wbrew pierwotnemu i logicznemu usytuowaniu.
 Albo kiedy podnoszę butelkę od soku malinowego, a przecież, nauczona doświadczeniem powinnam wiedzieć, że zakrętka nigdy nie będzie zakręcona do końca, i tak się finalnie tym sokiem oblewam.
Albo kiedy widzę rozkruszony korek w winie.
Albo kiedy nadeptuję na grabie/szczotkę oparte o ścianę w garażu tak sprytnie, by sobie przy takim nadepnięciu od razu podbić oko drągiem.

To pisałam ja, wiecznie marudząca jędza.

P.S. Szogun jest niepełnosprytny psychicznie, pewnie od tego momentu kiedy ze schodów spadł. I wiele jest na to przykładów, ale nie chce mi się wymieniać, natomiast wpisuje się  genialnie w definicję samca: je i śpi, a kiedy nie śpi to się wyleguje. Ale jaki jest skubaniec piękny...

Tu, jak jeszcze mu się chciało chcieć



10:39, kategra
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 stycznia 2012
Najlepszego w Nowym Roku!
 Coś nie mogę się ze sobą pozbierać. Zajmuję się samymi pierdołami. Na przykład wykorzystuję wykupiony transfer na różnych takich portalach, co je ostatnio w panice po kolei zamykają. Szkoda wydanej forsy.
Urosła mi więc sterta plików do obejrzenia/poczytania w bliżej nie określonej przyszłości.
Nikt nie uprzedzał, że z domem jest tyle roboty. Jak zaczynam sprzątanie w sobotę, to kończę w piątek. Nigdy nie byłam mistrzynią organizowania sobie czasu, a może to po prostu ordynarne lenistwo.
Szpony rozrabiają przeokrutnie. Walczymy do krwi o ostatni nasz bastion, czyli cztery metry kw. łóżka. Co noc dzikie hordy barbarzyńców czynią podchody. Co noc ich ataki są odpierane, ale bronim się ostatkiem tchu. Rozkład sił jest wyrównany- dwa na dwa, ale jakby nie patrzeć, ogony mają cały dzień na zregenerowanie energii, a my niestety musimy zapierniczać na świeży żwirek i saszetki. Ponadto zaczynają nam dorastać. Jutro Szelma idzie pod nóż.
A jak już przy niej jesteśmy, to skubana ma wyczucie czasu i parcie na szkło. Właśnie zasiadaliśmy do pierwszej wigilijnej wieczerzy w naszym domu, naturalnie w uroczystej i podniosłej atmosferze, gdy mała postanowiła dorzucić co nieco od siebie do wieczornego menu i w związku z tym przyniosła nam pod choinkę całkiem żywą mysz. Której też radośnie pozwoliła uciec. Troszkę nam nastrój stracił na podniosłości, ale i tak było fajnie.

Przez przypadek usłyszałam w radiu reportaż o Chustce. Weszłam na Jej bloga:

http://chustka.blogspot.com

 i jakoś tak wszystko mi zbladło i stało się nieważne.


10:46, kategra
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Meganka poszła w obce ręce. Sprzedawałam ją z ciężkim bólem w sercu, bo chyba byłyśmy zżyte. Znałam jej każde warknięcie, wiedziałam co ją boli, gdzie została podrapana przez marketowych wandali, która elektryczna szyba nie działa. Rozdrapywałam rany, szukając jej po komisach. I znalazłam.
Licznik przebiegu cofnięty o 20 tysięcy kilometrów.
Przetarcia zapacykowane. Kłamliwa informacja o podgrzewanych lusterkach. To wszystko klasyka gatunku jak sądzę, ale anonsować, że auto jest w perfekcyjnym stanie i było używane przez pierwszego właściciela "lekarza w starszym wieku", to już grube minięcie się z prawdą.
Apage...
18:39, kategra
Link Komentarze (2) »
środa, 30 listopada 2011
Ostatnio zaczytałam się w blogu Hani:

http://hania.blog.pl/

Hania nie tylko jest mi bliska z powodu lokalizacji. Z Hanią chciałabym iść na wódkę. Czytam sobie czytam jak Hania i jej ekipa dobrze się bawili w 2002r. drąc ryja na żołnierską nutę i od razu widzę nas, takoż drących ryja na ostatniej pożaglowej imprezie.

"Miła" jest żelaznym punktem programu. Bez "Miłej" nie ma udanej biby.

Chciałabym, żeby ktoś wreszcie zinterpretował mi te "dojrzałe dwie czereśnie". Ekipa jest podzielona. Część zapewne romantyczniej niż rozważniej twierdzi, że rzecz się dzieje wczesnym latem, stąd te czereśnie, do mnie natomiast bardzo przemawia nabite parabellum, a stąd już bardzo blisko do dojrzałych dwóch czereśni...

Naughty girl.
13:01, kategra
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 listopada 2011
Taka jestem mądra. I taka wszystko-wiedząca. Normalnie omnibus chodzący. Na wszystkim się znam. Na medycynie na ten przykład też. Brało mnie jakieś choróbsko z gatunku "coś niewyraźnie dziś wyglądasz", to se zaaplikowałam uderzeniową dawkę witaminki C. W domu znalazłam tylko rutinacea forte. Zeżarłam cztery piguły  na raz, a o poranku poprawiłam kolejnymi czterema.
Przeziębienie udało się wyleczyć, ale schudłam przy tym jedyne trzy kilo. Lesson to be learned:
Trzeba czytać ulotki bądź konsultować się z lekarzem tudzież farmaceutą.

Byliśmy na koncercie Paco de Lucia. Bardzo to miłe doznanie dla ucha było. Odrobinkę zakłócone obecnością takiego jednego dżentelmena, z którym partycypowaliśmy w zajmowaniu przestrzeni. Konkretniej- za plecami mi siedział. Ów meloman urozmaicał sobie odbiór sztuki prowadzeniem byznesowych  rozmów telefonicznych oraz dzieląc się ze współsłuchaczami spostrzeżeniami natury:

"ty patrz, jakie kolo ma zajebiste buty, ciekawe kto mu  je kurwa czyści", albo "nie no spoko, się zaraz rozkręci, nie?".

Nioch nioch.
13:25, kategra
Link Komentarze (1) »
niedziela, 27 listopada 2011
Ta-dam! Jestem geniuszem marketingu. Od wczoraj. Od podjęcia decyzji o sprzedaży auta, do finalizacji transakcji upłynęło jakieś 10 godzin...
Kochałam mą Megankę miłością wielką, ale jak widać nie dość wytrwałą, by mogła ona przetrwać jesienny spleen i pochrumkiwanie coraz to częstsze.
Obudziłam się z mocnym parciem na działanie. Z bólem w sercu zrobiłam klar we wszystkich schowkach (znalazłam zaginioną dwa lata temu, kartę parkingową z jeszcze ważnym abonamentem, ha!, świeczkę Caritasu (?), pół zaśniedziałej milki, ze cztery kasztany oraz jedną czarną skarpetkę).
Cyknęłam parę fotek, powiesiłam ogłoszenie tu i tam, a po godzinie miałam już kupca. Wprawdzie troszkę mnię jego wygląd zaniepokoił, niemniej jednak pan kark był bardzo miły (może poza stwierdzeniem, że francuskie to tylko ślimaki i miłość, a nie auta) i bez większych ceregieli dobiliśmy targu.
Na pocieszenie już sobie upatrzyłam takie jedno małe czerwone japońskie toczydełko.
11:33, kategra
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 listopada 2011
Ło matko. Są i rządzą. Tzn. trochę je próbuję wychowywać za pomocą  psikadełka, ale jest jak jest.

 Zazwyczaj tak:
powinnam zaabonować sobie jakąś stałą dostawę contratubexu czy innego cepanu.

Poza tym bez zmian. No może tylko napomknę, że mam nowe hobby- otóż zaglądam często do skrzynki z gazem i kontempluję jak szybko ten mały liczniczek zapiernicza.
Jak tylko uruchomimy kominek po poprzednim zawale, przechodzimy na eko-drewno.

Od dwóch tygodni mam łącze w domu. Alleluja. Trwało to, oj trwało.

Nie chce ktoś zadbanej Megany? Kochałam ją miłością wielką, ale mnie ostatnio troszkę zanadto nerwów kosztuje.






19:40, kategra
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 października 2011
No to są. Trochę się w międzyczasie dokształciłam i już mnie mniej zdumiewają Wasze wróżebne umiejętności rozpoznawania płci na podstawie zdjęcia sfilcowanego do rozmiarów zmokłej myszy kłębka futra.
Potwierdzam. Kolorowa to ona. Szelma, nomen omen. Prowodyrka wszelkich hucp, polska księżniczka o zmiennym nastroju, najczęściej oscylującym wokół- "no-dobra, skoro-mnie-już-karmisz-to-masz-się-głupia-pociesz-chwilę,otóż-łaskawie-pozwolę-się- pogłaskać-pod-brodą, (ale nie za długo), bo wiesz-przygoda-przygoda-każdej-chwili-szkoda".
Szogun za to jest jak smerf ciamajda. Ostatnia sztuka z miotu. Potyka się o własne krótkie łapki, nieudolnie naśladuje siostrę i jest ofiarą jej brawurowych pomysłów, co się już raz skończyło wielkim bęc i potrzebą wyprzytulania i wytarcia noska. W nagrodę wydobył z siebie pierwsze rozkoszne mruki.

U mnie bez zmian. Nadal mi odbija.

P.S. Pochwalę się: towarzystwo nie tylko czyta Owidiusza i Horacego w oryginale, lecz także bezbłędnie korzysta z miejsc odosobnienia. Takie szczwane gówniary nam się trafiły...



14:25, kategra
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 października 2011
Przyznaję, że lekkuchno mi odbija.

Kuwetki, żwirki-muchomorki, myszki z kocimiętką, kocyczki, miseczki, drapaczki,saszetki z żarciem...

Na Ogra prawie że nawrzeszczałam, jak przytachał do domu ogromną dracenę z pewnego szwedzkiego przybytku, gdyż jakże to nie pomyślał, nie doczytał, nie wie, że to zielsko jest trujące dla kocich maluchów.

Czekam. Niech się jeszcze trochę popasą na cycu. Może im to na zdrowie wyjdzie.

Będzie rodzeństwo. Roboczo: Szelma i Szogun. Na razie nie wiem, które jest które. Taka kinder niespodzianka.

Z tym szwedzkim przybytkiem mamy romans od miesiąca. Plany były niebosiężne, bo nam się (o naiwnym) wydawało, że będziemy dysponować taką ilością środków pieniężnych na dekoratorstwo, że zainwestujemy zgodnie z marzeniem, w piękną przedwojenną bibliotekę. Póki co, ulokowaliśmy byczy księgozbiór na schludnych i tanich regałach.

Pralka nam chce odlecieć. Albo ona, albo my. Innej opcji nie ma.
Moje autko chyba zapadło na jesiennego spleena, bo coś sobie pochrumkuje, wcale nie z cicha.

A jeszcze tylko nadmienię, że prawie zagotowałam wodę w grzejnikach, bo padł sterownik pompy, czy jak mu tam mądrze, a ja tego nie zauważyłam, no i się działo.

Uczymy się domu. Oby przy jak najmniejszych stratach własnych...
12:46, kategra
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8