|
Blog > Komentarze do wpisu
cat feverPrzyznaję, że lekkuchno mi odbija.
Kuwetki, żwirki-muchomorki, myszki z kocimiętką, kocyczki, miseczki, drapaczki,saszetki z żarciem... Na Ogra prawie że nawrzeszczałam, jak przytachał do domu ogromną dracenę z pewnego szwedzkiego przybytku, gdyż jakże to nie pomyślał, nie doczytał, nie wie, że to zielsko jest trujące dla kocich maluchów. Czekam. Niech się jeszcze trochę popasą na cycu. Może im to na zdrowie wyjdzie. Będzie rodzeństwo. Roboczo: Szelma i Szogun. Na razie nie wiem, które jest które. Taka kinder niespodzianka. Z tym szwedzkim przybytkiem mamy romans od miesiąca. Plany były niebosiężne, bo nam się (o naiwnym) wydawało, że będziemy dysponować taką ilością środków pieniężnych na dekoratorstwo, że zainwestujemy zgodnie z marzeniem, w piękną przedwojenną bibliotekę. Póki co, ulokowaliśmy byczy księgozbiór na schludnych i tanich regałach. Pralka nam chce odlecieć. Albo ona, albo my. Innej opcji nie ma. Moje autko chyba zapadło na jesiennego spleena, bo coś sobie pochrumkuje, wcale nie z cicha. A jeszcze tylko nadmienię, że prawie zagotowałam wodę w grzejnikach, bo padł sterownik pompy, czy jak mu tam mądrze, a ja tego nie zauważyłam, no i się działo. Uczymy się domu. Oby przy jak najmniejszych stratach własnych... czwartek, 20 października 2011, kategra
|